czwartek, 21 maja 2015

6 Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa

To już 6 Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa... Aż trudno uwierzyć, że pierwszy raz byliśmy na 2-gim i nawet do głowy nam nie przyszło, że ta impreza kiedyś może tak wyglądać, nabrać takiego rozmachu... a już ja na pewno nie pomyślałam, że mój Kret będzie sam w domu robił piwo i to takie piwo! W 2011 roku po raz pierwszy wystawiała się Pinta i o ile się nie mylę była wtedy jedyna. W tym roku, a minęła zaledwie 4 lata Festiwal naprawdę trudno ogarnąć. Ilość wystawiających się browarów wzrosła o niezliczoną ilość procent normy ;) Trudno odnaleźć się między stoiskami, trudno spróbować wszystkiego - no, chyba że liczy się na żulerski lot ryjem w beton, ale raczej nie o to idzie w tej imprezie. 
Miejsce Festiwalu - Wrocławski Stadion


Stoisko browaru Chmielogród


Kolejne "stragany"

A piwo Browaru Miedzianka lali tutaj
 Zresztą w tym roku plan był inny. Nie przyjechaliśmy tylko pic, ale i chwalić się kretowymi piwami w strefie piwowarów domowych. Trzeba było się wiec trzymać i nie puszczać...  chyba że w drodze do domu - wtedy już można było odpuścić.

W tym roku o dziwo nie było problemu z wejściem - bramki otwarte od 10.00, żadnego przetrzepywania plecaków, bo od razu uczciwie zgłosiliśmy, że wnosimy browar. Spoko, spoko, wszystko zgodnie z planem, prawem i czym tam jeszcze - domowi piwowarzy zasługują na wyjątkowe (wygląda na to, że lepsze) traktowanie. Problem był natomiast ze znalezieniem Biura Festiwalowego, miejsca z mapkami terenu festiwalowego i miejsca ze szkłem - już starożytni wiedzieli, że przyzwyczajenie to druga natura człowieka i spodziewaliśmy się takiego samego punktu informacyjno-szklanego jak w latach ubiegłych. Po szybkim marszu udało się jednak znaleźć wszystko, czego nam było trzeba, a później to już tylko hals w poszukiwaniu piwa i jadła. 

Pobiliśmy zeszłoroczne 22 piwa... o jedno, ale zawsze. Za to jedzeniowo przesadziliśmy w drugą stronę - frytki, trochę precelków i kilka plastrów kiełbasy na dwoje przy takiej ilości złotego trunku to niestety zdecydowanie za mało. Daliśmy jednak radę, a to najważniejsze. Wbrew logice i podejściu ekonomicznemu zawsze prosiliśmy o piwa w możliwie najmniejszej dawce, czyli standardowo 0,2 l, co przekładało się na równowartość ok. 5 zł (tyle najczęściej płaciliśmy, choć oczywiście zdarzały się i droższe i tańsze). I tak na 6 Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa skosztowaliśmy:

Grodziskie (Nepomucen) - wyraźnie orzeźwiające, niemalże niewyczuwalna wędzonka, wg Kamila po zagrzaniu wychodzi w zapachu lekka kanalizacja, czy inny mało przyjemny aromat, możliwe, że jest żle odebrany aromat wędzonki. Ogólnie pijalne i całkiem przyjemne na upały.  
    Grodziskie i Brown Ale z Nepomucena
Brown Ale (jw.) - pierwsze, co rzuca się w oczy, to piękny brązowy kolor piwa. Zapach słodki, słodowy, lekko wyczuwalna czekolada. W smaku czuć wyraźną goryczką, ale nie zalegająca, co jest dużym plusem.
Żytnia wędzona AIPA (jw.) - piękny owocowy zapach (jak na AIPA przystało), barwa bursztynowa, w smaku lekko wyczuwalna wędzonka i zalegająca chmielowa goryczka.    
    Żytnia wędzona AIPA
Funky Cherry (Szał Piw) - brak piany, piwo lekko wysycone, owocowe, wyczuwalna bardzo subtelna goryczka, lekki wytrawny musujący lekko sfermentowany sok wiśniowy... Rzecze Kamil, bo wg mnie piwo okropne, przypominające mi tanią nalewkę wiśniową - jak widać, wszystko to rzecz gustu ;) Mój faworyt wśród skosztowanych piw - C.


Szczun w towarzystwie Funky Cherry
Szczun (Belgian IPA) (jw.) - średnia, pęcherzykowa pianka, w kolorze kremu, piwo z lekką goryczką, ale zdecydowanie słodkim finiszem, mętne. Bardzo smaczne... a w porównaniu z Funky Cherry wręcz pysznie genialne :)
Mate Nayerbane (Lubrow) - łagodny zapach ziół i herbaty puhr-er, yerby nie czuć zupełnie, ale lekki herbaciany posmak jest, jednak tak jak w zapachu zdecydowanie bliżej mu do czerwonej herbaty. 

Mate Nayerbane i Kolender z mientolina


Kolender z mientoliną (Lubrow w kooperacji z Marusią) - w zapachu wyczuwalne pastylki miętowe z Wedla z lekkim aromatem kolendry. Mięta wyczuwalna, ale nie w nachalny sposób - mile orzeźwiająca, za to zupełnie nie czuć chmielowej goryczki - zresztą w składzie nie dopatrzyliśmy się chmielu w ogóle. 

Podręczny magazynek Lubrowa
Biała IPA (Artezan) -  zapach charakterystyczny dla piw chmielonych po amerykańsku, wyraźnie kwiatowy. Barwa jasna, opalizująca, piwo klarowne. Piana niewielka, ale utrzymująca się. Wyraźna goryczka, która nie zalega. Smaczne, pijalne piwo dla lubiących ciut więcej goryczki. 
Jeden z Piwowarów Artezana

Ostatni Projekt (żytni porter) (jw.) - kolor czekoladowy, w zapachu wyczuwalny aromatyzowany tytoń, na szkle wyraźnie utrzymujący się pierścień z pany. W smaku słodkie, lukrecjowo-waniliowe (nie omieszkałem zapytać o te aromaty właściciela browaru - pochodzą on od leżakowania piwa z płatkami dębowymi z beczki po bodajże Burbonie - C.). I jak nie przepadam za porterami (choć to też nie reguła), tak ten wyjątkowo mi smakował. 
Ostatni Projekt i Biała IPA
Heffeweizen (Ursa Major) - w zapachu i smaku wyraźnie goździkowo-kolendrowe (chodzi o smak nasion kolendry). Ot pszeniczka. Kamil wywąchał stęchliznę... ja się przy tym nie upierałam zupełnie. 

Pszeniczniak z Ursy
Gizer (Kingpin) - w aromacie wyczuwalna kawa, piwo lekkie, słodkawe, niestety z zalegającą goryczką. Piwo zagrzane stało się lekko alkoholowe. 
Z lewej Gizer z prawej Ten Hops
Ten Hops (Birbant) - w zapachu wyczuwalne geranium, w smaku lekka goryczka.
CLOCK (APA) (CLOCK) - klarowne piwo o złotej barwie, goryczka wyraźna, pojawiająca się po chwili i drapiąca niemalże w gardło, nieznośnie zalegająca. To oraz kolejne to piwa od naszych sąsiadów - Czechów - C.

TWIST (American Red IPA) (jw.) - bursztynowa barwa, w zapachu wyczuwalne kwiaty, lekko słodowe z amerykańskimi chmielami, goryczka wyraźna, pojawiająca się po czasie, ale zostająca zdecydowanie na długo.
Bursztynnik (Amercian Amber Ale) (PROFESJA) - barwa piękna, bursztynowa, w smaku wyczuwalna lekko goryczka z wyraźnie słodkim początkiem. Piana lekka, drobna i utrzymująca się. Wyczuwalny geraniol. Piwo pijalne, bardzo smaczne - moim zdaniem jedno z lepszych pośród 23 próbowanych. 


Ryczyn 850 oraz Bursztynnik
Ryczyn 850 (PROBUS) - zapach nieprzyjemny, przywodzący na myśl mokry karton, albo zapleśniałą piwnicę. Piwo lekkie, pszeniczne, pijalne, delikatnie kolendrowe, po ogrzaniu wyczuwalne nuty alkoholu.
Jantar 2 (jw.) - znowu nieprzyjemny zapach - mokry karton lub zatęchła piwnica, piwo o barwie jasnego bursztynu, opalizujące. W smaku nijakie, rozmyte, goryczka lekka, ale zalegająca (to okazało się nasza największą zmora na tegorocznym festiwalu). W smaku wyczuwalny nieprzyjemny finisz, nie lizałam nigdy ścian w piwnicy, ale ten smak przywodzi mi na myśl ciemną starą piwnicę ze zepsutymi kartoflami w tle. 
APA (Haust) - ładna, jasnobursztynowa barwa, aromat chmielowy, delikatnie wyczuwalne amerykańskie chmiele, choć nie na tyle, by uznać zapach za charakterystyczny dla amerykanów. Goryczka wyraźna, długo zalegająca.  
APA i PILS
PILS (jw.) - aromat delikatnie kwiatowy i ukrywająca się za nim lekka stęchlizna. Kolor złoty, słomkowy.
Kret (Widawa w kooperacji z Tomaszem Kopyrom) - aromat kawowo-czekoladowy. Piwo wytrawne, z wyraźną goryczka niezalegająca, pochodzącą z karmelu i słodów palonych. Kamilowi bardzo smakowało. Stouty i portery to zdecydowanie moje smaki - C.

Nowy Baran i Kret
Nowy Baran (jw.) - w zeszłym roku Baranem się podniecałam, w tym roku poczułam rozczarowanie... szczególnie w zapachu piwa, który był naprawdę średni - gaz, kanalizacja i zepsute jaja. W smaku przyjemne, lekkie, orzeźwiające i wyraźnie pszeniczne. Smakowe - jedyny warunek - nie wąchać.
Alchemik (Profesja) - wyraźny przyjemny kwiatowy zapach, bardzo amerykański, goryczka bardzo wyraźna, wręcz garbnikowa i niestety znowu zalegająca. 

Alchemik i Bard, ale który to który?
Bard (jw.) - zapach kwiatowo - owocowy, bardzo wyraźny i przyjemny. W smaku też lekko wyczuwalne owoce i wyraźna, lekko zalegająca goryczka.  Barwa delikatnie bursztynowa. Piwo przyjemne i pijalne, mimo tej zalegającej goryczki. 



A po tych 23 malutkich piwkach było "after party". Znaczy, udaliśmy się do strefy piwowarów... tam cud, miód i orzeszki, ale o tym powinien Kamil,  bo to on się dzielił i czerpał. Ja robiłam wyłącznie za dodatek posadzony za stolikiem... Czas wiec chyba na kilka słów od głównego piwowara ;)



Przepis na udaną imprezę? Zebrać pozytywnie zakręconych ludzi, zamknąć ich w ograniczonej przestrzeni i dać czas na wymianę doświadczeń, technik oraz efektów pracy, w tym przypadku piw domowych. W tym roku premierowo pojawiłem się na FDP również jaki piwowar domowy wraz ze swoimi "dziećmi". Sam pomysł imprezy jest prosty - najpierw parę godzin imprezy zamkniętej tylko dla piwowarów oraz osób towarzyszących, a później udostępniono wstęp osobom, które wykupiły niedrogi bilet (5zł). Cóż to te 5 zł wobec możliwości skosztowanie dziesiątek jak nie setek wariantów piw domowych, od jasnych lekkich, orzeźwiających, po mocarne RIS-y czy Barly Wine.



Wiadomo nie od dziś, że człowiek uczy się na błędach i takich nie uniknęliśmy w tym roku, błędem było wybranie się na Festiwal tylko jednego dnia - 02.05. oraz próba ogarnięcia za jednym podejściem i piw komercyjnych i domowych. Jest to jednym słowem męczące, samo krążenie po terenie, który w tym roku, dla strefy piw komercyjnych, obejmował cały teren dookoła stadionu, w poszukiwaniu ciekawego trunku zwyczajnie męczy. Ba nawet nie trafiłem do niektórych stanowisk, którymi byłem zainteresowany przed przybyciem. Następnie "walka" z piwami i piwowarami domowymi, do tego częstowanie własnym, cóż pod koniec dnia padałem, ale to było jedno z tych przyjemnych zmęczeń, pełnych zadowolenia i satysfakcji z udanego dnia.

Takich dobroci też można było skosztować - 6-cio(?) miesięczny domowy Gruyère
Serowar i piwowar (domowy oraz wrocławskiego browaru Profesja) w jednej osobie - Przemysław "Leszcz" Leszczyński
Za rok, jeśli nic nie pokrzyżuje planów, festiwal, który pewnie będzie jeszcze większy, rozbijemy na co najmniej dwa dni. Nie ma się co spinać i męczyć, to ma być przyjemność i rozrywka i tego się trzymajmy.

wtorek, 5 maja 2015

Ślimaczki francuskie z twarogiem na słodko

Akcja na coś słodkiego była szybka. W lodówce ciasto francuskie (tak, tak gotowiec... może kiedyś pobawię się w takie własne rencyma tymi mymi robione) i twaróg. W szufladzie budyń waniliowy i stewia... I już można było ukręcić coś do kawy dla strudzonych wędrowców, powracających w domowe pielesze po zagranicznych wojażach.

Ślimaczki francuskie  z twarogiem na słodko

Składniki:
1 opakowanie ciasta francuskiego
300-350 g twarogu półtłustego
1 jajo
1 torebka budyniu waniliowego
2 łyżeczki stewii lub 4-6 łyżek cukru

Przygotowanie:
Twaróg rozdrobnij widelce - zupełnie nie przejmując się grudkami. Dodaj do niego słodzik, budyń i jajko i wszystko dokładnie wymieszaj do uzyskania jednolitej masy. Wyjmij ciasto z lodówki, rozwiń je na blacie/stolnicy. Nałóż na ciasto masę serową, pozostawiając lekki zapas na brzegach, aby można było zwinąć ciasto w roladę. Zwiń ciasto dość ciasno i tak uzyskaną roladę włóż z powrotem do lodówki na ok. 30 (oczywiście im dłużej, tym lepiej). W tym czasie nagrzej piekarnik do 200 stopni Celsjusza. Następnie wyjmij naszą roladę z lodówki i pokrój ją na zgrabne 1,5 - 2 cm plastry. Tak przygotowane ślimaczki ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (zostaw między ciastkami trochę luzu, by mogły swobodnie wyrosnąć i nie posklejać się). Ciastka możesz posmarować rozkłóconym jajkiem i posypać cukrem - u mnie ślimaczki występowały w wersji saute. Piecz ciastka do zrumienienia - kolor powinien być wyraźnie złocisty - potrwa to około 20-30 minut (oczywiście wiele zależy od piekarnika). Takie ślimaczki wyśmienicie smakują na ciepło i na zimno... a do kawy czarnej, jak bezksiężycowa noc, to dodatek wręcz idealny - niezbyt słodki, chrupiący... po prostu pycha.


środa, 29 kwietnia 2015

A tymczasem w pracy ...

Gdzieś już wcześniej wspominałam, że pracowe jedzenie zmieniliśmy z kanapek na różne rodzaje warzywnych rozkoszy. Oto kolejna z nich, bo Kamil znowu uraczył mnie fotkami swojego śniadaniowego pudełka, ostatni powszechnie nazywanego z angielska lunch boxem. 


Sałatka z zielonego groszku i rzymskiej sałaty

Składniki:
1 i 1/2 sałaty rzymskiej
200 g mrożonego zielonego groszku
2 grube plastry pieczonej szynki (można zastąpić jakimś innym białkiem)
1 nieduża cebula
1/2 czerwonej papryki
garść oliwek
2 łyżki sosu/pasty z serka wiejskiego (idealny będzie również majonez)
1 łyżka sosu cytrynowego
kilka kropel sosu piri piri (do smaku)

Przygotowanie:
Groszek zalej wrzątkiem i odstaw na kilka minut, żeby się rozmroził - w miarę potrzeby postaw na chwilę na gaz. Sałatę i paprykę umyj i pokrój w paski. Cebulę obierz i pokrój w cienkie plasterki. Szynkę pokrój w niewielką kostkę. Dodaj oliwki - pokrojone lub w całości - jak lubisz. Następnie wymieszaj składniki sosu i dodaj wszystkie warzywa, łącznie z odsączonym i przelanym zimną wodą groszkiem. Wymieszaj wszystko dokładnie i w miarę potrzeby dopraw solą i pieprzem.


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Pyrki vel kartofelki vel ziemniaczki vel grule, czyli nie jedno imię bulwy z paleniska.

"Piękną mamy zimę tej wiosny" powiedział, myśląc o jesieni...
No bo z czym może kojarzyć się ziemniak z paleniska jak nie z jesiennymi porządkami, grabionymi liśćmi, palonymi gałązkami, które następnie przeistaczają się w paliwo najprostszego piekarnika na świecie. Nasze ziemniaki niestety nie zostały upieczone w ognisku, a w kominku! Tak, tak, zwykłym kominku opalanym drewnem, jakie widujemy częstokroć w domach, czy mieszkaniach. To źródło ciepła o niewątpliwym uroku skrywa w sobie nieodkryty potencjał kulinarny. Nie było to pierwsze podejście do ziemniaczków z paleniska, ale pierwsze, które zakończyło się takim sukcesem. 5 przygotowanych pyrek zniknęło w okamgnieniu. A przepis przedstawia się następująco:

 Ziemniaki z kominka

Składniki:
- spore ziemniaki, ilość zależna od mocy przerobowych konsumentów;
- plaster słoniny wędzonej lub boczku na każdy ziemniaczek;
- starty twardy ser (najlepiej jakiś wyrazisty, dojrzewający);
- sól, pieprz
- opcjonalnie sos czosnkowy.


Przygotowanie:

Ziemniaki myjemy dokładnie, osuszamy. Każdą bulwę nacinamy niemal do końca, ale nie do końca, aby połówki się "trzymały". W szczelinie montujemy plaster słoniny/boczku. Tak przygotowaną grule zawijamy w folię aluminiową i umieszczamy na żarze drzewnym, gdzieś w rożku paleniska kominka, ale z dala od płomieni. Ziemniaki co jakieś 5 minut warto przełożyć, przekręcić, aby równomiernie się upiekły i nie przypaliły. W zależności od intensywności żaru pieczenie może trwać 20-30 minut. Gotowość ziemniaków sprawdzamy, nakłuwając nożem. Miękkie ziemniaki wyjmujemy ostrożnie z paleniska, obieramy z folii ameliniowej (tego nie pomalujesz), układamy na talerzu i posypujemy startym serem, solimy i pieprzymy. Można serwować z sosem czosnkowym.

Smacznego!

piątek, 24 kwietnia 2015

Wiosna Panie Sierżancie...

Zanim zima wróciła do nas na chwilę, mieliśmy już piękny początek wiosny. I w tym roku udało nam się popróbować młodych mleczy i młodych pokrzyw. Nareszcie. Niestety z mleczami nieźle się zagapiliśmy, bo już kwitną i czas na miodzik, a nie sałatki. Ważne jednak, że chociaż raz się udało. 


Wiosenna sałatka z mleczem i pokrzywami

Składniki:
1 nieduża cukinia
garść młodych liści pokrzyw
garść młodych liści mlecza
kilka pomidorów koktajlowych
2 ząbki czosnku
1 łyżka oleju
2 grube plastry sera typu feta
jedna łodyżka dymki
sól, pieprz i świeże chilli do smaku



Przygotowanie:
Cukinię umyj, przekrój wzdłuż i w razie konieczności usuń miękkie gniazdo nasienne. Następnie pokrój ją w sporą kostkę. Na patelni rozgrzej olej i podsmaż na nim cukinię. W międzyczasie wypłucz liście mleczu, pokrzywy, osusz je i pokrój w spore paseczki. Kiedy cukinia zacznie nabierać kolorów, dodaj czosnek przeciśnięty przez praskę. Po minucie zdejmij warzywa z ognia, dorzuć mlecze i pokrzywy oraz umyte i przekrojone na pół pomidorki koktajlowe. Wszystko wymieszaj, dopraw solą, pieprzem i papryczką chilli. Sałatkę przełóż do salaterki i posyp umytą i pokrojoną drobno dymką.